Rok 2025 rokiem chorwackiej szczęśliwości.

Nie bez powodu tak zatytułowałem tę relację, bo to był dla mnie naprawdę szczęśliwy rok. Może nie do końca tylko chorwacki, bo i inne wydarzenia też były sympatyczne i szczęśliwe. Zaczęło się jak zwykle od fantastycznego wyjazdu do Włoch na narty. Paganella zaoferowała mi tyle atrakcji i tras zjazdowych, że czasu zabrakło by zobaczyć wszystko. Nie zabrakło jednak, na odwiedzenie pięknego Trento (Trydent) z wieloma zabytkami i ciekawą starówką. Taka po prostu odskocznia od białego szaleństwa. Po powrocie to już tylko czas oczekiwania na maj i ponowny wyjazd do wspaniałego Trpnja na półwyspie Pelješac.

Do willi Antunović, gdzie miałem spędzić cały sezon pełniąc funkcję rezydenta Biura Podróży Damptour z Cieszyna. Piszę do „wspaniałego Trpnja”, bo proszę mi uwierzyć, że jest to bardzo przyjazna i klimatyczna miejscowość na adriatyckim wybrzeżu. Ktoś z miejscowych, nie pamiętam już kto, powiedział mi podczas obchodów święta Velika Gospa (15.08.), że jest to najbardziej dalmatyńska miejscowość na całym wybrzeżu. I przyznam, że trudno się z tą opinią nie zgodzić. Szczególnie, kiedy trwały obchody tego jakże ważnego dla Chorwatów święta. Za nim jednak dojechałem wraz z pozostałym personelem na miejsce przydarzyła nam się nie za ciekawa przygoda. Po prostu zepsuł się nam samochód. Na całe szczęście, a były dwa szczęścia, zepsuł się niedaleko stacji benzynowej i udało mi się z rozpędu do niej „dokulać”. Szczęście drugie polegało na tym, że samochód miał assistance i po czterogodzinnym wyczekiwaniu nasze auto zostało załadowane na lawetę, a my sami zostaliśmy zaproszeni do pięknego BMW i w ten oto wygodny sposób odbyliśmy dalszą część podróży, docierając pod wieczór na miejsce, czyli do Trpnja. Ostatni etap podróży odbyliśmy na promie z Ploče. Muszę tu nadmienić, że wreszcie, po dwóch latach rozłąki, ponownie byliśmy z żoną razem. Piszę o tym między innymi dlatego, że zaraz po dotarciu na miejsce i szybkiej toalecie poszliśmy razem coś zjeść. I warto było się śpieszyć – pora była już dość późna i baliśmy się, że restauracja będzie zamknięta, wszak nie był to jeszcze sezon – bo zjedliśmy wyśmienity posiłek. Makaruni z pršutem i truflami przy czym makaron był domowy i ręcznie zwijany na wzór istarskich „fuži”, czy też „šurlic”. Pychota, tym bardziej, że popijaliśmy to bardzo dobrym, białym winem z Pelješca zwanym Maraština, albo Rukatac. Już podczas tej smacznej kolacji stwierdziłem, że nie może być źle jak zajada się takie wyśmienite danie.

Pierwsze dni pobytu to bardzo intensywna przedsezonowa praca. Wszak trzeba było, po zimowym okresie, doprowadzić do porządku wszystkie pomieszczenia, począwszy od kuchni, a na restauracji kończąc. Ponadto trzeba było odnowić kontakty z kooperantami dostarczającymi nam różne wiktuały i umówić terminy i ilości dostaw. Wszystko jednak przebiegło bardzo sprawnie tak, że jak przyjechali pierwsi turyści my byliśmy w 100% gotowi. Rozpoczęliśmy sezon w 2025 roku.

Udało mi się znaleźć parę statystycznych informacji odnośnie Trpnja. Otóż informują one, że na początku XX wieku Trpanj liczył około 650 mieszkańców, a według spisu z 1971 roku było ich 808 w 280 rodzinach. Spis z 2001 roku wykazał, że w Trpnju mieszkało 770 osób w 194 rodzinach. Niestety nowszych danych nigdzie nie znalazłem, ale myślę, że ilości mieszkańców specjalnie się nie zmieniła. Tyle tylko, że trochę ich wybyło na „zachód”. Jak mnie miejscowi informowali to najwięcej wyjechało do Austrii i Niemiec. Bardzo jednak często na letni sezon powracają rozkoszując się piękną pogodą, ciepłym Adriatykiem, a przede wszystkim klimatem swojej rodzinnej miejscowości. A, że klimat jest bajeczny sam się o tym przekonałem.

Jako, że o Półwyspie Pelješac napisałem wiele w poprzednich relacjach, zastanawiałem się o czym napisać w tej relacji, by uczynić ją interesującą. I wymyśliłem, że pomimo tego, że jestem ateistą, to opiszę trpanjskie i okoliczne kościoły i kaplice, tym bardziej, że jest to kawał historii, która tworzyła się na tym terenie. Poza tym bardzo lubię odwiedzać kościoły i kapliczki niejednokrotnie podziwiając ich wspaniałą architekturę.

Czasami są to obiekty pełne przepychu, a czasami proste nie wyróżniające się żadnymi zdobieniami. Wszystkie jednak mają swój klimat, który warto poczuć. Nie inaczej jest z kościołami Trpnja. Wszystkim przyjeżdżającym do Trpnja rzuca się w oczy największy i najważniejszy dzisiaj kościół w miasteczku, parafialny kościół św. św. Piotra i Pawła (sv. sv. Petar i Pavao). Nie jest to jednak najstarszy kościół. Ale po kolei. Musimy nieco cofnąć się w latach wcześniej, kiedy układ miasteczka był nieco inny. Centrum znajdowało się nad w/w kościołem w miejscu gdzie dzisiaj jest tak zwane „Stare selo” czyli stara wioska. Poniżej kościoła, bliżej morza znajdowało się wzgórze Gradina, na którym po dzisiejszy dzień znajdują się ruiny rzymskich zabudowań. A przed „Gradiną” znajdował się kościół św. Piotra patrona rybaków. I to był najstarszy kościół Trpnja, którego budowa datowana była na IX wiek.

Z czasem jednak kościół popadł w ruinę, a wokół niego powstał cmentarz, który również nie zachował się do dzisiaj. Pozostałość starej budowli kościoła w tym dwa ołtarze i kamienne rozety zostały przeniesione do kościoła Św. Michała, czyli obecnie pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła, który został wzniesiony 1799 r. Za nim jednak tego dokonano trzeba powiedzieć, że 154 lat wcześniej, w Starim selu w 1645 roku wybudowano kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Karmelickiej ( Gospe od Karmela), który istnieje do dzisiaj. Kościół jest jedną z budowli wzniesionych w XVII wieku, często wiązanych z zamożnymi rodami, takimi jak Gundulić, w ramach rozwoju barokowej architektury na tym terenie. Wewnątrz znajduje się ołtarz poświęcony Matce Bożej Karmelickiej. W XVII wieku Trpanj rozwijał się jako port, a budowa kościołów była częścią umacniania wiary i kultury w regionie. Dowodem na to jest budowa kolejnego kościoła, a bardziej chyba kaplicy św. Antoniego ( sv. Antun ) w 1695 roku. Kaplica ta znajduje się w niedalekiej odległości od kościoła Matki Boskiej Karmelickiej czyli w Starim selu i wybudowana została w ramach ślubowania Antuna Simonettiego Šimunowa-Antunovicia. W kościele znajduje się ołtarz barokowy, a z pierwszej połowy XIX wieku zachowała się w nim również prosta mozaika podłogowa z 1847 roku. Wróćmy teraz do kościoła św. św. Piotra i Pawła. Za nim powstał to w na jego miejscu stał najpierw kościół św. Michała Archanioła, opiekuna od wszelkiego zła. Na jego miejscu w 1799 roku powstał obecny kościół z wykorzystaniem elementów IX wiecznego kościoła św. Piotra. Na początku XX wieku, a dokładnie w 1906 roku ukończono jego rozbudowę i modernizację, a 27 kwietnia 1907 roku został poświęcony. W Starim Selu mamy dwa kościoły, poniżej kościół główny, a miasteczko coraz bardziej zbliża się do wybrzeża zwanego „Žalo”, a tam nie ma nic.

Odczuwalna stała się więc potrzeba nowego, widzialnego znaku niebiańskiej opieki. W tym celu ustawiono na wysepce Škojera u wejścia do portu figurę Matki Boskiej „Gwiazdy Morza” (Zvijezda Mora). Znak ten, wzniesiony jako ślubowanie przez Ružicę Wagner w 1938 roku, miał objąć miasto i port, a zwłaszcza rybaków i żeglarzy, opieką Maryi. I co by nie mówić stoi tam po dzisiejszy dzień, witając i żegnając żeglarzy, rybaków i wszystkich ludzi morza, jednocześnie stając się atrakcją turystyczną. Obraz świątyń Trpnja nie byłby jednak pełny gdybym nie wspomniał jeszcze o dwóch małych kościółkach, których łączy jedno: wspaniały widok jaki rozpościera się stojąc przy nimi. Pierwszy z nich to kościół św. Rocha (sv. Rok), który wybudowano na najwyższym wzgórzu (przez to ten tak piękny widok) w pierwszej połowie XVII wieku, najprawdopodobniej w miejscu wcześniej innej istniejącej już świątyni. Powstał jako wotum dla św. Rocha będącego patronem chroniącym przed dżumą.

Do kościoła wiodą kamienne schody, tylko 278, których budowę rozpoczęto w 1924 roku. Każdy ze stopni nosi imię darczyńcy. Trochę poniżej niego (jakieś 70 schodów) mamy kolejny kościółek św. Mikołaja (sv. Nikola) z równie pięknym widokiem. Kościółek został wybudowany w 1840 roku dzięki inicjatywie żeglarza o nazwisku Klement Cvitanović. Człowiek ów uniknął śmierci podczas sztormu i w podzięce za ten cud postanowił wybudować kościół. Na wrotach kościoła jest napis „budući ga bili pokrili valovi, od smrti oslobođen”(przykryty falami, uwolniony od śmierci). Nie bez znaczenia jest też to, że kościółek jest pod wezwaniem św. Mikołaja. Jest to bowiem patron podróżników, żeglarzy, rybaków. Nie wspomniałem jeszcze o jednym świętym miejscu, mianowicie o cmentarzu z kaplicą św. Krzyża wybudowaną w 1907 roku. Może już w nie tak pięknym miejscu jak poprzednie kościoły, ale w niemniej uroczym miejscu (jak o cmentarzu można pisać, że jest uroczy) bo z widokiem na Jadran i piękne zatoczki z plażami Blače i Bijavka. Trzeba też uwzględnić i to, że w XIX wieku Trpanj to dynamicznie rozwijająca się osada rybacka. Głęboka wiara chrześcijańska jest ważnym elementem kultury i historii regionu. W XVIII i XIX wieku w Trpnju wychowało się wielu księży, którzy spędzili starość w rodzinnym mieście i prowadzili prywatne szkoły. Nie do pomyślenia było, aby żeglarze pływali po Morzu Śródziemnym niepiśmienni. Dlatego w Trpnju dość wcześnie otwarto szkołę państwową, początkowo w 1839 roku dla chłopców, a w 1848 roku dla dziewcząt. Szkoły zostały połączone w jedną w 1893 roku. Istnieje ona zresztą do dzisiaj jako szkoła podstawowa. W Trpnju istniał również zakon sióstr, które prowadziły przedszkole. Podczas mojego pobytu udało mi się wygospodarować trochę czasu, w związku z tym mogłem odwiedzić jeszcze dwie świątynie, które znajdują się w pobliskich wioskach: Oskorušno i Gornja Vručica. Oskorušno to niewielka wioska, której mieszkańcy trudnią się głównie uprawą winorośli. Znajduje się tu sporo opuszczonych domów, bo wioska, choć mała, ma swoją trudną historię – dla odmiany nie związaną ani z wojnami światowymi, ani wojną domową.

Otóż w latach 60-tych XIX wieku z Ameryki Północnej do Europy została przypadkowo sprowadzona mszyca filoksera, która spowodowała katastrofalne spustoszenia w europejskich winnicach. Ten mały owad jest bezpośrednio odpowiedzialny za zniszczenie kilku milionów hektarów winnic w Europie i wyludnienie wielu winiarskich regionów. Pierwsze szkody odnotowano we Francji w połowie lat 60-tych XIX wieku, a stamtąd mszyca rozprzestrzeniła się na inne europejskie kraje, pod koniec XIX wieku docierając również na Bałkany. Filoksera nie ominęła oczywiście półwyspu Pelješac. Winnice w okolicach Oskorušno zostały zniszczone do tego stopnia, że mieszkańcy wioski w obliczu utraty źródła utrzymania zostali zmuszeni do emigracji do Australii i Ameryki Południowej. I właśnie w tej wiosce znajduje się piękny kościółek św. Mikołaja (sv. Nikola). A żeby było jeszcze piękniej to jest on usytuowany, podobnie jak kościół św. Rocha w Trpnju, na wzniesieniu, z którego rozciąga się bajeczny i niezapomniany widok. Z jednej strony rozciąga się majestatyczny widok na Adriatyk (Kanał Neretwiański), skąd można wypatrzyć np. miasto Ploče i dolinę Neretvy, a z drugiej strony można podziwiać zielone wnętrze półwyspu Pelješac z winnicami wokół Oskorušno. Kościółek został wzniesiony przez żeglarzy, nie dziwi zatem fakt, że jest poświęcony ich patronowi, czyli św. Mikołajowi. Gornja i Donja Vručica to dwie sąsiadujące ze sobą wioski znajdujące się w przeciwnym kierunku Oskorušna. By dojechać do plaży „Divna” (Piękna), plaży uważanej za jedną z najpiękniejszych plaż wybrzeża adriatyckiego, a dalej do miejscowości Duba Pelješka trzeba przejechać właśnie przez obie Vručice. Interesujący mnie kościół znajduje się przy głównej drodze i jest to kościół Matki Bożej Miłosierdzia (Gospe od Milosrđa). Jest on kościołem jednonawowym, o regularnej orientacji, prostokątny plan z kwadratową absydą i neoromańską dzwonnicą z reliefowym akcentem na zachodniej fasadzie. Został zbudowany w stylu barokowym. Chociaż niektórzy autorzy datują go na 1654 rok, kościół został już wcześniej wspomniany w wizytacji z 1621 roku. Barokowy ołtarz główny jest z kolorowego marmuru z dwoma posągami w niszach. Przed ołtarzem wisi lampa, a pod nią znajduje się doskonale zachowany wotywny srebrny relief – darowizna kapitana Ivana Milovicia, który przedstawia bitwę morską z wojny kandyjskiej między okrętami wojennymi flot tureckiej i weneckiej. Kapitan Milović podarował kościołowi również żelazną kulę tropikalną z dowodzonej przez siebie galery. W lewym ołtarzu bocznym znajduje się dzieło malarza Frana Kaera, przedstawiające św. Annę, św. Paschalisa i św. Hieronima.

Dzwonnica została zbudowana w latach 1891-1893 dzięki wolontariatowi mieszkańców. Kościół został odnowiony w latach 1996-1997, a ołtarze w latach 2015-2016. Kościół został poświęcony 2 lipca 2015 roku przez biskupa Dubrownika, bpa Mate Uzinića. To w zasadzie wszystko co miałbym do powiedzenia o budynkach sakralnych Trpnja i okolicy. No może wspomniałbym jeszcze o krzyżu usytuowanym nad Trpnjem. Tylko tyle, żeby go obejrzeć to jest to zadanie dla wytrwałych i lubiących szlaki górskie. Prowadzi bowiem do tego krzyża szlak, zwany szlakiem Miloševića. Wspinaczka na wzgórze Miloševica trwa około 60 minut i dociera się na „Veliki vrh” położony na wysokości 321 m n.p.m., a tam właśnie znajduje się krzyż, który nocą jest oświetlony i widoczny jest prawie z każdego miejsca Trpnja. Trud wspinaczki wynagrodzony jest przepięknym widokiem na morze i stały ląd z górami „Biokovo”, pod którymi ciągnie się Riwiera Makarska. Skoro wspomniałem o szlaku Miloševića, to chciałbym wspomnieć o paru jeszcze innych szlakach, którymi warto się przespacerować. To informacje dla tych, którzy podczas urlopu lubią dużo chodzić i lubią być aktywni. Najbardziej popularną ścieżką spacerową jest ścieżka prowadząca wzdłuż morza. Rozpoczyna się ona prawie w samym centrum (50 m za barem „Joja”), a kończy się przy cmentarzu i liczy około 1300 m (idealne na popołudniowy spacer).

Po drodze mijamy szereg plaż i miejsc do kąpieli. Zostawiając cmentarz po lewej stronie (w dole plaża „Blače), skręcając w prawo dojdziemy do głównej drogi prowadzącej do centrum. Są też jednak i bardziej wymagające szlaki. I tak mamy: „Szlak Oliwny”, liczący około 6 km, który rozpoczyna się na kempingu „Vrila”, a kończy w miejscowości Velika Prapratna. Spacerując ścieżką można zobaczyć odrestaurowane wielowiekowe gaje oliwne i suche kamienne murki. Na wszystkich skrzyżowaniach umieszczone są tablice ze szczegółowym opisem dróg oraz kamienne ławki do wypoczynku. Są także punkty widokowe, z których można podziwiać połączenie kamienia, oliwki i morza. Wymieniłem tutaj szlaki tylko te, które prowadzą bezpośrednio z Trpnja, choć i z innych pobliskich miejscowości prowadzą trasy w różne ciekawe miejsca. Mamy więc z Oskorušna: ,Szlak górski Viter, czy Lozica, a z Gornji i Donji Vručice: Szlak Paškalo czy Droga ziół leczniczych. Widać więc, że będąc w Trpnju nie można się nudzić, a plaże i „byczenie się” można zamienić w czynny wypoczynek. Do wyboru i koloru. A na dodatek, coby nie mówić są jeszcze restauracje. A jest ich bez liku. Chciałem jednak zwrócić uwagę na jeden specyficzny rodzaj restauracji, które w Chorwacji nazywane są „konobami”. Teraz sobie uświadomiłem, że z kościołów i świętych miejsc przeszedłem w miejsca, które raczej ze świętościami nie mają nic wspólnego, a jeżeli już to nie wiele. No, ale z drugiej strony, jak mówi historia, w każdej wsi zawsze był kościół, ale i knajpa też musiała być. Dziś konoba kojarzona jest przede wszystkim jako miejsce, gdzie tradycja spotyka się z gościnnością i dobrym jedzeniem, jednak jej geneza sięga czasów, gdy służyła wyłącznie do przechowywania zapasów. Pojęcie konoba wywodzi się z łacińskiego „canaba”, oznaczającego barak lub prostą konstrukcję pełniącą funkcję magazynu.

W południowej Europie, a zwłaszcza na chorwackim wybrzeżu, konoby były integralną częścią codziennego życia. W domach o tradycyjnej budowie, najczęściej parterowych lub pół piwnicznych, konoby służyły jako chłodne miejsca, idealne do przechowywania wina, oliwy oraz innych trwałych zapasów żywności. Tego typu pomieszczenia były niezbędne w regionach, gdzie klimat wymagał specjalnych warunków magazynowania produktów, a dostęp do dużych chłodni był wówczas niemożliwy. Wiele domów na wybrzeżu Adriatyku posiadało konoby, które przez lata pełniły funkcję podręcznych magazynów dla mieszkańców wiosek i miast. Konoba była swego rodzaju sercem domu, miejscem, gdzie przechowywano owoce całorocznej pracy – oliwę, zboża, narzędzia i, co najważniejsze, wino. Dlatego też w nadmorskiej kulturze południa konoba symbolizuje nie tylko funkcjonalność, ale i tradycję. W regionach wiejskich przetrwały konoby używane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem aż do czasów współczesnych.

Dla miejscowej ludności to element dziedzictwa, który odzwierciedla ich sposób życia i wartości, zwłaszcza troskę o pracę i jej owoce. Konoby wyróżniały się specyficzną konstrukcją – grube kamienne ściany pozwalały utrzymać niską temperaturę wewnątrz, co było szczególnie istotne w gorącym, śródziemnomorskim klimacie. Pomieszczenia były często pół podziemne, co dodatkowo pomagało w ich chłodzeniu. W XIX wieku, gdy zaczęła się rozwijać się turystyka i zmieniały się społeczne potrzeby, konoby zaczęły przejmować nowe funkcje. Z chłodnych i zacisznych magazynów, przekształciły się one, szczególnie w nadmorskich miejscowościach, w miejsca spotkań rodzinnych i towarzyskich. Wtedy też rozwinęła się idea by ludzie mogli nie tylko przechowywać w nich jedzenie i wino, ale też spożywać je wspólnie. Miejsca te, wyposażono w długie stoły, ławy oraz podstawowe sprzęty do przygotowania posiłków, stawały się sercem domowych uroczystości i świąt, miejscem, gdzie rodzina i przyjaciele mogli cieszyć się autentyczną, domową atmosferą. Rozwój turystyki dodatkowo wzmocnił transformację konoby, która z czasem przekształciła się w punkt gastronomiczny dostępny nie tylko dla lokalnych mieszkańców, ale i dla odwiedzających region turystów, pragnących poznać autentyczny klimat nadmorskich wsi.

Wtedy powstało też pojęcie „konobar”, czyli osoba przynosząca wiktuały z magazynów do części, w której spożywano posiłki. Z czasem stając się gospodarzem konoby, dbał o gości i serwował im wino oraz lokalne specjały, zyskując poważanie i szacunek. Dziś konoby przyciągają gości nie tylko swoją historią, ale również wyjątkową atmosferą, która łączy tradycję z nowoczesnością. Nowoczesne konoby wciąż pozostają wierne tradycyjnemu wystrojowi – kamienne ściany, drewniane belki oraz prosty, rustykalny wystrój wprowadzają gości w klimat dawnych lat. Jednak współczesne konoby oferują także bogate menu, oparte na regionalnych produktach, takich jak oliwa, ryby, owoce morza i oczywiście wino. Goście mogą skosztować lokalnych specjałów, które w wielu miejscach przygotowywane są według przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dzisiejsze konoby to coś więcej niż restauracje; to miejsca, gdzie pielęgnuje się kulturę i tradycje regionu. Współczesna konoba dba o każdy szczegół, aby zapewnić gościom niepowtarzalne doświadczenie. Od autentycznych smaków po kameralny klimat, nowoczesne konoby przyciągają zarówno lokalnych bywalców, jak i zagranicznych turystów, którzy poszukują wyjątkowych doznań kulinarnych i kulturalnych. Każda konoba ma swój unikalny charakter, jednak wspólnym mianownikiem pozostaje zawsze szacunek do tradycji oraz dążenie do odtworzenia klimatu dawnych magazynów, które kiedyś stanowiły centrum życia rodzinnego. Jeżeli chodzi o Trpanj to taką konobą jest „Ribar” restauracja znajdująca się dosłownie naprzeciw Villi Antunović mogąca pochwalić się dodatkowo wewnętrznym patio, gdzie wśród bujnej roślinności można spożyć wyśmienite dania. Równie dobre jedzenie jest też w restauracjach: Škojera, Bistro Joja, Tuna Bar i paru innych.

Nie są to typowe konoby, ale zapewniam, że jedzenie jest równie dobre, począwszy od różnego rodzaju ryb poprzez owoce morza, a na wszelkiej maści daniach mięsnych skończywszy. O winie już nie będę wspominał, wszak Półwysep Pelješac, a tam znajduje się Trpanj, to tereny, gdzie produkuje się najlepsze wina. Proszę mi wierzyć, wiem co piszę, sam próbowałem.

Skoro mamy konobę, dobre jedzenie, a przede wszystkim wino, to już bliski krok, by sobie zaśpiewać. A Chorwaci są bardzo muzykalni i uwielbiają śpiewać. Prawie w każdym mieście, miasteczku, wiosce czy osadzie istnieją zespoły „Klapa”. Co to takiego? Klapy to tradycyjne chorwackie zespoły wokalne wykonujące wielogłosową muzykę a cappella, wywodzące się z Dalmacji. Śpiewają przede wszystkim pieśni o miłości, ale nie koniecznie do kobiety, choć również i o takiej miłości. Klapskie pieśni to miłość wyrażana do morza, Dalmacji, poszczególnych miast, wysp, kamieni, a nawet o miłości do konoby. Tradycja ta jest ściśle związana z kulturą śródziemnomorską i często kojarzona z luźnym spotkaniem towarzyskim przy winie. Czasami zespołom towarzyszy gitara, tambura, czy akordeon. Zespół tworzy od sześciu do dziesięciu śpiewaczy, kiedyś byli to tylko sami mężczyźni, teraz jednak bywają klapy żeńskie, czy mieszane. W muzyce dalmatyńskich klap chodzi o wspólne, podobne spojrzenie na świat. Zbieżne zdanie na temat Dalmacji, morza i kamieni… Bo te trzy rzeczy (zemlja, more, kamen) – to dla mieszkańca Dalmacji najcenniejsze wartości i symbole ojcowizny. Muzykolodzy twierdzą, że dalmatyńskie klapy są niepowtarzalne – w ten sposób nie śpiewa się nigdzie indziej na świecie. Dlatego właśnie klapsko pjevanje zostało w 2012 r. wpisane na listę światowego dziedzictwa niematerialnego UNESCO. Być w Chorwacji i nie posłuchać choćby jednego koncertu miejscowej klapy, to jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla.

Popularność klapskiego śpiewania spowodowała, że w całym kraju (przede wszystkim na wybrzeżu) organizowanych jest corocznie kilkadziesiąt festiwali tej muzyki. Najbardziej znanym i cenionym festiwalem jest Festiwal Klap w Omišu organizowany w miesiącu lipcu już od 1967 roku. W Trpnju najczęściej taką muzykę można usłyszeć w wymienionej już przeze mnie konobie „Ribar”, gdzie właściciele, prawie co wieczór, umilają turystom pobyt w niej swoim śpiewem. Jest naprawdę pięknie.

Kończąc już tę relację chcę Państwa wszystkich zaprosić do tej jakże klimatycznej mieściny, wierząc, że spędzicie w niej wiele wspaniałych chwil, gdzie nabierzecie złocistego brązu korzystając z miejscowych plaż, gdzie zasmakujecie wspaniałych przysmaków chorwackiej kuchni, a wieczory spędzicie na trpanskiej promenadzie delektując się najlepszymi lodami na świecie z „Gelaterii Obala”, ewentualnie napijecie się doskonałego peljesačkiego wina w jednej z licznych restauracji. Do zobaczenia w 2026 roku.

Przewijanie do góry